Najmniejszy ślub świata

Najmniejszy ślub świata. Są takie śluby, które będę wspominał – kiedyś – jak już zawieszę aparat na kołku, na swojej fotograficznej emeryturze. Z pewnością do takiego podsumowania wdarł się właśnie ten, najmniejszy ślub świata. Tak go nazywam, tak go przeżyłem tak go wspominam.

Cofnijmy się o rok, do świata pandemicznego, lekko abstrakcyjnego w relacjach, bardzo zaburzającego wszelkie plany. Zostałem zaproszony przez Dominikę i Łukasza do niecodziennego przedsięwzięcia, do samego końca utrzymywanego w aurze zaskoczenia, a to mi bardzo odpowiadało. Wiedziałem, że jadę na Jurę, do pięknego kościoła na wodzie i właściwie tyle. Tyle tez potrzebowałem, żeby pozytywnie się nakręcić do fotografowania. Pierwszy ślub 2021 roku, duża mobilizacja, po kilkumiesięcznej przerwie.

Ale właściwie dlaczego najmniejszy ślub świata?

Jakby nie liczył, to było nas 2+2+ksiądz+ja+2 psy.

Ślub w kaplicy na wodzie.

Kto lubi nieco zwiedzać wie, że to miejsce to nie lada gratka na mapie Jury Krakowsko- częstochowskiej. Cudownie usytuowane, mające niewątpliwie to „coś” co nadaje niepowtarzalnego charakteru. Kilka miesięcy wcześniej zaczynałem tutaj sesję narzeczeńską, wiedząc już, że przyjadę na ten ślub. Polecam. Jeśli lubicie weekendowe wypady, to jest mus.

Ceremonia dla dwojga.

Zastanawiałem się , jak może wyglądać ceremonia ślubna dla tak małego grona. Wygląda normalnie, no może poza śpiewaniem, bo gdy trafi się na księdza, który lubi śpiewać po cztery zwrotki pieśni, no to może być ciekawiej. Zgadnijcie, czy ten ksiądz lubił śpiewanie…??…. no jasne, że tak. Co ciekawe i uważam to za ogromny komplement, ksiądz pod ceremonii podziękował mi za to, że byłem, ale jakby mnie nie było. Czasem się tak czuję w tłumie, tutaj dałem temu wyraz w małym gronie. Super.
Ciepło jakie się wytworzyło przed, podczas i po przysiędze w kościele, to jakiś ewenement, nie piszę tu o celcjuszach oczywiście. Małe grono bardzo pozytywnie wpłynęło na zbudowanie pięknych emocji.

Mini sesja.

To był nasz wspólny pomysł na to jak zakończyć ten wspaniały dzień. Bez problemów znaleźliśmy scenerię, światło pięknie zagrało, dając nieco barwy i lekkości w to marcowe popołudnie.
Finałem finałów był nasz powrót do miejsca, w którym rozpoczęliśmy ten dzień, by zrobić jeszcze kilka ujęć z Edgarem. Musieliśmy. Bo, okazało się, że mamy tak samo nierówno pod sufitem, jak widzimy psiury wszelkiej maści. Miłego oglądania.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.